O co chodzi z pedofilią

Wczoraj – 31. 10. 2013 r. – portal Fronda i gosc.pl podały nieprawdziwą informację na temat zmian w amerykańskiej klasyfikacji zaburzeń psychicznych (DSM-V), a dotyczących pedofilii. W związku z tym, że informacja ta była szeroko powtarzana wczoraj i dzisiaj na różnych portalach społecznościowych widzę potrzebę uporządkowania podstawowych pojęć.

Pedofilia w ujęciu medycznym jest parafilią, lub też, mówiąc inaczej, zaburzeniem preferencji seksualnej.
Aktualnie istniejące i obowiązujące klasyfikacje to:
● DSM-V [Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders], czyli klasyfikacja zaburzeń psychicznych ostatnio zatwierdzona w maju 2013 roku przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA),
● ICD-10, czyli Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych opracowywana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), obowiązująca w Europie. Obecnie prowadzone są prace nad zmianami, których publikacja planowana jest w r. 2015.
Kryteria diagnostyczne pedofilii wg DSM-IV (302.2) są następujące (za Seligman M., Walker E., Rosenhan D.: Psychopatologia, Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2003 s. 592):
A. Pojawiające się przez przynajmniej 6 miesięcy powracające, silnie podniecające fantazje seksualne, impulsy seksualne lub zachowania dotyczące aktywności seksualnej z dzieckiem lub dziećmi, które nie wkroczyły jeszcze w okres dorastania (ogólnie przed 13 r.ż).
B. Fantazje, impulsy lub zachowania powodujące klinicznie znaczący dyskomfort lub upośledzenie w społecznym, zawodowym lub innym obszarze funkcjonowania
C. Osoba ma przynajmniej 16 lat i jest co najmniej 5 lat starsza niż dziecko lub dzieci z kryterium A. Uwaga: Nie dotyczy osób w późnym okresie dorastania będących w relacji z 12 lub 13 latkiem.
W DSM-IV wymagane jest także uszczegółowienie dotyczące płci ofiary, tego czy sprawcę pociągają wyłącznie dzieci oraz czy jego ofiary pozostają w stosunku pokrewieństwa do niego.
Podaję szczegółowo kryteria pedofilii wg DSM-IV, gdyż nie są mi dostępne w tej chwili kryteria wg DSM-V. Jednakże wg tego, co podają autorzy klasyfikacji na stronie www.dsm5.org tym, co zostało zmienione to dołożenie przy każdym z rodzajów parafilii rzeczownika disorder [zaburzenie]. W obecnym brzmieniu mamy więc pedophilic disorder, czyli zaburzenie pedofilne. Inne parafilie to m.in: fetyszyzm, ekshibicjonizm, frotteryzm, masochizm seksualny, sadyzm seksualny.
Zmiany, które nastąpiły w DSM-V wyjaśnione zostały również na stronach:
https://www.apa.org/news/press/releases/2013/10/pedophilia-mental.aspx
oraz
https://www.dsm5.org/Documents/13-67-DSM-Correction-103113.pdf
Kryteria pedofilii wg ICD-10 (F 65.4) są zasadniczo takie same jak w DSM-V. Różnice w sformułowaniach nie wprowadzają zmian merytorycznych. W ICD-10 nie uszczegóławia się płci ofiary, ani pokrewieństwa.

Pedofilia a czyny pedofilne
Jak widać z ww. kryteriów diagnostycznych pedofilii, nie musi być ona równoznaczna z czynami pedofilnymi (na co już zwracałam uwagę). Może ograniczać się do fantazji i impulsów. Jeśli osoba cierpiąca na pedofilię na etapie fantazji czy impulsów podejmie terapię, nie musi dojść w jej przypadku do czynów pedofilnych. Dlatego też używanie określenia pedofilia, gdy ma się na myśli nadużycie seksualne wobec nieletnich jest przynajmniej mylące i jak widać po wczorajszej dyskusji, wprowadza znaczny chaos informacyjny oraz budzi lęki u czytelników.

Dodatkowo portal Fronda podał wczoraj skrót streszczenia artykułu prof. Klausa Beiera z Berlina. Skrót ten, który jest streszczeniem streszczenia z portalu kath.de podaje tezę przypisaną prof. K. Beierowi, wg której „pedofil może być księdzem”. Proponowałabym przeczytać ten artykuł w całości.

Wirtualny świat mediów

Tematyką nadużyć seksualnych zajmuję się już od jakiegoś czasu – tak od strony teoretycznej, jak i praktycznej. Spotykam ludzi, którzy doświadczyli nadużycia przez ojca, brata, kuzyna, kapłana… Spotykam ich przy różnych okazjach, także w terapii. Czasem też mam kontakt z tymi, którzy są oskarżeni o nadużycia seksualne. Bardzo zależy mi na tym, aby Kościół był przestrzenią bezpieczną, w której chroni się dzieci i młodzież także przed nadużyciami i to nie tylko ze strony osób duchownych.
To, co od jakiegoś czasu dzieje się w mediach wokół tematu: „pedofilia w Kościele” w wydaniu dziennikarzy, publicystów i komentatorów różnych orientacji budzi mój niepokój i poczucie, że problem ten staje się powoli wirtualny, zupełnie oderwany od cierpiącego człowieka. Istotny jest news, komentarz, a nie człowiek.
Chcę odnieść się do kilku aspektów:
Zacznę od samego określenia: „pedofilia” w Kościele. Takie określenie jest – według mnie – poważnym nadużyciem ze strony ludzi mediów. Pedofilia jest chorobą polegającą na zaburzeniu preferencji seksualnej. Używając określenia „pedofilia” w odniesieniu do każdego nadużycia seksualnego popełnionego przeciw osobom małoletnim dziennikarze w gruncie rzeczy zakłamują rzeczywistość, bo wśród sprawców nadużyć jest zdecydowanie więcej nie-pedofilów niż pedofilów. Nie zmienia to zgrozy samego nadużycia. Niemniej jednak powoduje, że sprowadzamy bardzo złożone przyczyny nadużyć tylko do choroby, ignorując większość innych. Poza tym, co z osobami chorymi na pedofilię, które nie popełniły czynów pedofilnych i są poważnie umotywowane, by ich nigdy nie popełnić i autentycznie cierpią z powodu swojego zaburzenia? Czy nie jest to jakiś rodzaj stygmatyzacji osób, które – bywa – szukają pomocy? Przy różnych okazjach zwracałam na to uwagę moich rozmówców, jednakże za każdym razem słyszałam odpowiedź – to jest bardziej zrozumiałe, bardziej „medialne”. Czytaj: to lepiej się „sprzeda”. Która z osób odkrywających w sobie, że atrakcyjne seksualnie są dla niej dzieci, po takiej medialnej kampanii zwróci się po pomoc, aby nauczyć się kontrolować swoje zaburzone impulsy?
Kolejny problem, jaki mnie bulwersuje, to wykorzystywanie ofiar nadużyć seksualnych do publicznego opisywania w szczegółach ich traumatycznych doświadczeń. Nie mam wrażenia, że chodzi tu o dobro pokrzywdzonego człowieka i o pomoc. Nadużycie seksualne, czy inna przemoc jest bardzo traumatycznym doświadczeniem. Wypowiedzenie, co człowiekowi się przydarzyło jest bardzo trudne dla niego, niejednokrotnie potrzeba na to czasu. Tego doświadczenia nie wymaże się z pamięci. W procesie terapeutycznym uczy się człowieka żyć z tym doświadczeniem tak, by nie zaburzało mu jego codzienności. Istnieje jednak moment, że zamiast integrować krzywdę, której ktoś doświadczył w swoim życiu – człowiek zaczyna wokół niej się kręcić, opowiadać o niej coraz to innym osobom. Pomocą nie jest nakłanianie do kolejnych wypowiedzi.
Jeszcze słowo o dzisiejszej bardzo niefortunnej wypowiedzi abp. J. Michalika. Mnie uczono – i to nie tylko jako terapeutkę – że jeśli sformułowanie drugiej osoby jest dla mnie bulwersujące, zaskakujące, czy niezrozumiałe, to powinnam się dopytać, co mój rozmówca miał na myśli, albo czy naprawdę tak sądzi. Widzę jednak, że dziennikarzy to nie obowiązuje. Ważniejsze jest to, aby jak najszybciej nadać news od upewnienia się, co mówiący ma na myśli. Źle się zadziało dzisiaj. Jednakże „winny” jest tutaj nie tylko abp Michalik. Do zamieszania przyczynili się sami dziennikarze. Mnie to nauczyło jednego. Po prostu nie będę odpowiadać na pytania dziennikarzy, bo są bezlitośni. Jak będę chciała się wypowiedzieć na jakiś temat – zrobię to sama, na piśmie.
Mam prośbę do moich kolegów i koleżanek pracujących w mediach – zwróćcie większą uwagę na człowieka, nie tylko na news czy na atrakcyjność tematu.

Nie jestem już papieżem – jestem pielgrzymem

Dobrze, że trochę czasu zajmuje mi dojazd do pracy i powrót z niej – jest czas na modlitwę i na refleksję – dzisiaj, tę poranną, gdy Papieżem był Benedykt XVI i tę wieczorną, gdy Benedykt XVI już Papieżem nie jest. Jest, jak sam powiedział, „po prostu pielgrzymem”. Na zakończenie dnia w mojej parafii było nabożeństwo w intencji papieża-emeryta.
Decyzję Benedykta XVI przyjęłam od początku z wielkim pokojem, może nawet na tamten moment z nienazwanym w sobie przekonaniem, że po prostu jest to realizacja słów „oto idę z Panem, z Synem, aby spełnić Twoją wolę” – jak to mówił do nas w 2007 roku. A o sam Kościół byłam spokojna, bo Chrystus jest Jego głową. W miarę upływu czasu ten wewnętrzny pokój i przekonanie pogłębiały się a konfrontacja z tym, co na ten temat pisano, czy z prywatnymi mailami z pytaniami, co o tym sądzę utwierdzała mnie w tym, że drogi Pana nie są naszymi i Jego myśli również nie są naszymi (por. Iz 55, 8), a kolejne słowa Benedykta podczas modlitwy Angelus, czy Audiencji jedynie to potwierdzały – że usłyszał, rozważył i rozeznał, że Bóg prowadzi go w głębszy świat modlitwy i przylgnięcia do Jego krzyża wyprowadzając go niejako ze znanych miejsc jaką jest posługa papieska do nieznanych przestrzeni – papieża emeryta stojącego w cieniu i trwającego na modlitwie w ogrodach watykańskich.
Przez te osiem lat nauczyłam się od Benedykta XVI wiele. Pierwsze to, że w naszym chrześcijaństwie, czasem bardzo zagonionym i „zatroskanym o wiele” chodzi tylko o jedno – o przynależność do Chrystusa, o prostą wiarę i wpatrzenie się w Niego, wsłuchanie i „czynienie Jego woli”. Głęboko odnajdywałam się w Jego encyklikach, czy w tryptyku Jezus z Nazaretu. Głębokie prawdy ujmował w prosty sposób. Wiedza teologiczna łączyła się z kontemplacją. Benedykt pomógł mi pogłębić moje powołanie – osoby konsekrowanej w świecie odnosząc ten rodzaj powołania do tajemnicy Wcielenia. Moje, czy nasze – jako chrześcijan – „bycie w świecie” jest naśladowaniem Boga, który „tak umiłował ten świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego…” (J 3, 16), a moim zadaniem, apostolstwem jest „obejmować z miłością rany świata i Kościoła” – jak napisał do nas w lipcu 2012 roku. W ogóle jego analiza świata oraz propozycyjna a nie konfrontacyjna odpowiedź na różne jego zagrożenia budowały mnie. Myślę szczególnie o pielgrzymce do Anglii czy Francji, lub o przemówieniu w Bundestagu. Postawa Benedykta wobec tematyki nadużyć seksualnych była i jest dla mnie wyznacznikiem podejścia do tego tematu. Nie chodzi mi tylko o zdecydowane kroki które podejmował także wcześniej jako Prefekt Kongregacji Nauki Wiary, ale przede wszystkim o słowa listu do Kościoła w Irlandii, o spotkania z ofiarami w różnych krajach. Myślę, że jeszcze wiele będę się uczyła, czy dalej odkrywała z tego, co pozostawił odchodząc w kontemplację.
Odszedł w ciszę Ktoś, kogo mogłabym nazwać swoim „mistrzem”. Zostały teksty i świadomość, że dalej trwa przy Jezusie czekając na spotkanie z Nim twarzą w twarz.

Milczenie dziecka

W dniach od 29 października do 1 listopada w ośrodku szkoleniowym archidiecezji Monachijskiej, Kardinal-Döpfner-Haus, we Freising odbywa się konferencja zorganizowana przez Centrum Ochrony Dziecka przy Uniwersytecie Gregoriańskim. W centrum zainteresowania stoją niepełnosprawni, zwłaszcza upośledzeni umysłowo – i bariery, jakich doświadczają w komunikacji o nadużyciach, jakich niejednokrotnie doświadczają i ich przezwyciężanie. Grupa uczestników jest umiarkowanie liczna, co bardzo sprzyja dyskusji po referatach. Wczoraj, gdy referaty były w języku angielskim uczestniczyli m. in. aktualni lub przyszli partnerzy Centrum. Są zatem obecni przedstawiciele diecezji lub prowincji zakonnych z Ghany, Kenii, Argentyny, Ekwadoru, Indii, Indonezji, Włoch i Niemiec. Poza tym są obecni przedstawiciele kościelnych ośrodków Child Protection z Anglii i Irlandii. Są także badacze problemu nadużyć seksualnych z USA i z Kanady. Dzisiaj jest już więcej uczestników z Niemiec, bo dwa referaty dotyczą nadużyć seksualnych popełnionych w niemieckich ośrodkach opieki wobec dzieci i młodzieży niepełnosprawnej umysłowo.

To, co wczoraj zrobiło na mnie wrażenie to informacje o działaniach centrów ochrony dzieci w takich miejscach jak Ghana, Kenia, czy Ameryka Łacińska. W czasie wolnej dyskusji, gdy przedstawicielka z Irlandii (obolałej jeszcze po ostatnich doświadczeniach związanych z nadużyciami seksualnymi w Kościele irlandzkim) sugerowała konieczne zmiany raczej w formacji przyszłych kapłanów bardziej niż świeckich, to w odpowiedzi kapłan z Ghany wskazał na to, że w ochronie dzieci nie chodzi o to, aby chronić dzieci przed wykorzystaniem przez duchownych, ale o to, by w ogóle chronić dzieci. Wykorzystywanie dzieci na różny sposób, w tym również wykorzystanie seksualne nie dokonuje się przede wszystkim wewnątrz Kościoła, ale dzieje się wszędzie, głównie wewnątrz systemu domowego. Kościół, tworząc ośrodki ochrony dzieci, przygotowując nauczycieli, czy też inne osoby, które w Kościele pracują z dziećmi i młodzieżą spełnia swoją funkcję troski o człowieka, szczególnie tego, który nie potrafi jeszcze sam upomnieć się o swoje prawa ani się obronić. Księża stają się w ten sposób punktem odniesienia i często jedyną ochroną przed różnymi formami wykorzystania. Podał też przykłady jak to zaczyna się zmieniać w jego kraju, gdzie plemienna kultura szacunku dla dorosłych blokowała skuteczną reakcję na nagabywanie czy dotykanie dziecka przez osobę dorosłą.

Wśród pytań, które wczoraj padły było też o roli życia duchowego w terapii pomagającej ofiarom nadużyć odbudować poczucie własnej godności  i podmiotowości. W odpowiedzi prof. H. Zollner SJ wskazał na to, że duchowe pogłębienie może ogromnie pomóc ofierze w uruchomieniu wewnętrznych energii potrzebnych do życia bez potykania się ciągle o historię doświadczonego zła. Wskazał przy tym na konieczność refleksji teologicznej i antropologicznej, która by podjęła – nie tylko od strony etycznej – pytania związane z byciem ofiarą wykorzystania seksualnego czy przemocy.

W dniu dzisiejszym mowa jest przede wszystkim o nadużyciach seksualnych wobec upośledzonych psychicznie i umysłowo w ośrodkach opieki w Niemczech. Szczególnie interesujący był referat przedstawiający nadużycia wobec dziewczynek i kobiet niepełnosprawnych umysłowo. W skali światowej są to pierwsze takie badania przeprowadzone na reprezentatywnej grupie  osób. Jest to temat dotychczas bardzo mało rozpoznany.  Wśród wywiadów cytowanych przez referentkę – prof. B. Kavemann – padło m. in. zdanie: „Dlatego, że jestem upośledzona jestem winna temu, że ktoś musi mi pomagać”. Zależność od innych, potrzeba akceptacji, bezbronność, to nierzadko częste okazje do wykorzystania – również seksualnego dziewcząt niepełnosprawnych umysłowo lub fizycznie.

Sprawa wykorzystania seksualnego dzieci, w tym dzieci upośledzonych, jest – jak powiedział to wczoraj podczas Eucharystii Kard. R. Marx – jednym z wyzwań, z którymi musi się zmierzyć wspólnota kościelna stojąca wobec wyzwania nowej ewangelizacji. Warunkiem jej wiarygodności jest nawrócenie ewangelizującego Kościoła.

Synod a oczekiwania

Obrady synodalne zakończone. Przesłanie z synodu jest już opublikowane. Abp N. Eterović powiedział też, iż decyzją Ojca Świętego zostaną również opublikowane w j. angielskim propositiones, czyli wnioski z dyskusji w grupach językowych przegłosowane przez Ojców synodalnych. Jutro Msza św. na zakończenie Synodu i powrót do domu. Za jakiś czas ukaże się adhortacja posynodalna, która będzie czerpała z tego, co na tym Synodzie zostało powiedziane, napisane i przegłosowane.

Słychać pytania w rodzaju: I jak ci się podobał Synod? Czy spełnił twoje oczekiwania?

Na Synodzie jestem drugi raz. W pracach gremiów międzynarodowych uczestniczę już około 10 lat. Nauczyłam się m. in., że nie jest realne dawanie jednoznacznych wskazań dla całego świata, gdyż pomimo że mamy globalizację, migrację i inne zjawiska o ogromnie szerokim zasięgu, to każde miejsce jest inne, każdy kraj, diecezja, parafia, wspólnoty „charyzmatyczne” itd. Przede wszystkim każdy człowiek jest inny. Takie zgromadzenia jak Synod dają doświadczenie Kościoła w wymiarze uniwersalnym. Jest on rzeczywistością zanurzoną w różne historie i kultury. Jest nośnikiem różnych doświadczeń i lokalnie na różne sposoby ocenia te same zjawiska życia kościelnego. Z jednej strony Synod nie powiedział nic nowego, fragmentami był nużący. Trzy tygodnie wyrwane z normalnej pracy, jak w moim przypadku, czy innych pracujących zawodowo świeckich, lub też z pracy duszpasterskiej biskupów i innych członków synodu, też nie jest łatwe. Z drugiej strony, tej dużo mniej widocznej, był dla mnie takim siewem w trudzie. Był, jak już pisałam, czasem modlitwy, refleksji, spotkania z drugim, słuchania. Na oglądanie owoców, tego, co się zasieje, jak zawsze, potrzeba czasu. Czy te owoce się pojawią, zależy już od tych, którzy wrócą do swoich zwykłych obowiązków i od tych, z którzy z nimi współpracują.

Ewangelizacja nie ogranicza się do nowych metod, do nowych szkół ewangelizacyjnych, do nowych środków przekazu, do nowych akcji ewangelizacyjnych. Nie kończy się na zmianie struktur, ani nie bierze swojej skuteczności z diagnoz socjologicznych. To wszystko są narzędzia i środki, które są potrzebne, ale wymagają rozeznawania „znaków czasu”, aby te „nowe” metody nie były puste, lub aby nie powielały starych błędów w nowy sposób. Synod przypomniał z mocą, że ewangelizacja jest zaproszeniem do osobistego spotkania z Chrystusem, jest nawróceniem związanym m. in. z samokrytycznym pytaniem osobistym, dlaczego moje świadectwo chrześcijańskie nie jest przekonujące. Chodzi nie tylko o nawrócenie osobiste, ale i o weryfikację tego, w czym do tej pory jako wspólnota kościelna nie dostawaliśmy, co było błędem osłabiającym wiarygodność ewangelizacji

Bardzo się cieszę, że Synod w swoich końcowych dokumentach nie wskazał jakiegoś jednego kierunku, ale przypomniał fundament. Był trochę takim wyciąganiem ze skarbca rzeczy nowych i starych. Tym „starym” potrzeba ożywienia, tym „nowym” konfrontacji z życiem, z konkretnym człowiekiem, wszystkim ewangelizatorom potrzeba pokory.

Ja osobiście wracam umocniona w tym, co jest moim powołaniem. Za to jestem wdzięczna Bogu i spotkanym ludziom. Jutro Msza św, podczas której czytam jedną z próśb (nb. swoistym doświadczeniem były próby przed liturgią), lecę do Katowic i w poniedziałek do Monachium, na konferencję o ochronie dzieci przed nadużyciami seksualnymi.

Kobiety na synodzie

 

Niejednokrotnie pytano mnie o to jak się czuję jako kobieta na synodzie zdominowanym przez mężczyzn, głównie biskupów.  Czasami było to też pytanie o to, jak się czuję jako świecka kobieta na synodzie. Za każdym razem było to dla mnie trudne pytanie. Odpowiedź nie przysparzała mi trudności na poziomie mojego czucia, bo czuję się normalnie i nie za bardzo wiem, dlaczego miałabym się inaczej czuć. Na pewno nie czuję się zdominowana.

Synod biskupów jest – jak wskazuje sama nazwa – zgromadzeniem złożonym głównie z biskupów z całego świata. Zgromadzeniem, w którym uczestniczą konkretni ludzie. Trzy tygodnie spędzone razem na modlitwie, refleksji nad Kościołem w temacie nowej ewangelizacji dla przekazu wiary jest doświadczeniem wspólnoty Kościoła, w którym są różne powołania, historie, oczekiwania, konkretne propozycje pastoralne czy ewangelizacyjne a czasem również odmienne postrzeganie Kościoła. Daje to też doświadczenie wspólnoty, w której jedność jest dziełem Ducha Świętego, a nie ujednoliceniem w myśleniu i w wyobraźni. Ujednolicony Kościół nie byłby Kościołem, lecz organizacją prawie totalitarną. Dobrze, że są różnice, nawet jeśli nie są one łatwe.

Nierzadko jest też tak, że łatwiej mi się spotkać w podobnym rozumieniu z biskupem czy kardynałem niż z innym świeckim. Czasem prościej jest komunikować z kimś, kto mówi innym językiem, niż z rodakiem, czy rodaczką. Nie przypuszczam, że „czułabym się” lepiej w gronie samych kobiet, czy samych świeckich.

Czasami mam wrażenie, że atrakcyjniejsze jest podkreślanie różnic niż tego, co łączy. Przed Synodem rozbawił mnie tytuł w prasie katolickiej: „Czterech biskupów i kobieta”. Artykuł był jeszcze niepełną informacją o delegacji z Polski na Synod. Ponieważ byłam ową kobietą, do której odnosił się tytuł, zastanawiałam się, czy różnica między „kobietą” a „biskupem” to jakaś różnica na poziomie bytu? Nie zapytałam jednak o to redakcji. Pomieszany został wymiar ontyczny człowieka z funkcjonalnym. Tytuł ten niósł w swoim przesłaniu podział.

Moje powołanie osoby świeckiej konsekrowanej, jest inne niż powołanie biskupa. Jako kobieta jestem inna niż mężczyzna. Niesie to za sobą inne doświadczenia, inną odpowiedzialność w Kościele, ale ta inność jest komplementarna. Tak ją przeżywam. Nie chcę przez to twierdzić, że osiągnęliśmy doskonałość tu na Synodzie, czy generalnie w Kościele. Jesteśmy jednak tu na ziemi w drodze, więc wszystko przed nami. Wymaga przemyślenia jak być bardziej razem w Kościele – biskupi, kapłani, świeccy, osoby konsekrowane, kobiety i mężczyźni. Jak wspólnie – każdy na swoim miejscu – możemy być świadkami i sługami Ewangelii we współczesnym świecie, który coraz rzadziej jest przyjazny wartościom chrześcijańskim komunikowanym w dotychczasowy sposób. Myślę, że dokona się to poprzez refleksję nad tym, co ja w miejscu swojego powołania mogę robić lepiej, inaczej a może więcej. Co mam zmienić, co wymaga nawrócenia – ale mojego, a nie „kogoś drugiego”.

To, co w relacjach audytorów przemawiało i poruszało – to głównie te wypowiedzi, które były świadectwem życia, a nie te, które były przekazem wiedzy, czy katechezą. Także dzisiaj usłyszeliśmy kolejne głosy. Dla mnie ważne było świadectwo Gisèle z Syrii i Patrycji z Nigerii. Mam nadzieję, że polskie media katolickie przetłumaczą ich wystąpienia.  Gisèle mówiła najpierw o swoim doświadczeniu, gdy przez kilka lat jako młoda mężatka w środowisku arabskim nie mogła mieć dziecka. W tym środowisku wielką wartość posiada płodność kobiety. Mówiła o zaufaniu do Boga, o naturalnych metodach. Aktualnie ma dwójkę dzieci – 5 i 7 lat. Kolejno mówiła o doświadczeniu wojny domowej w Syrii. Mieszkamy razem, więc mam informacje na bieżąco. Trzy miesiące temu wraz z mężem i dziećmi uciekła z Syrii do Libanu. O tym, co się dzieje w Syrii informuje ją brat, który pozostał w Aleppo. Patrycja natomiast mówiła o miejscu i roli kobiety w Nigerii. Siostry zakonne mówiły o swoim doświadczeniu. Każde świadectwo było inne i świadczyło o żywotności i bogactwie życia Kościoła, jak to podsumował abp N. Eterović.

Powrócę do myśli z przedostatniego akapitu: można lepiej i inaczej być Kościołem. Pytanie – jak? – pozostanie. Wiem tyle, że najpierw muszę zacząć od siebie.

Ewangelizujemy wszyscy

W obradach synodalnych przerwa. Pracują grupy. Nad ujednoliceniem propozycji grup językowych pracuje głównie grupa złożona z relatora generalnego, relatorów  grup i niektórych ekspertów. Pracuje również zespół ds. przesłania końcowego. Pierwszy szkic przesłania usłyszeliśmy w auli synodalnej w sobotę przed południem. W piątek przed południem natomiast wysłuchaliśmy sprawozdań z grup, na podstawie których można wnioskować, jakie postulaty, czy propozycje wniosły poszczególne grupy. Ja znam bliżej te propozycje, które były wypracowywane w grupie niemieckojęzycznej.

Cieszę się tym, co do tej pory słyszałam. W potocznej świadomości ewangelizacja i nowa ewangelizacja kojarzyły się głównie z akcjami ewangelizacyjnymi, czyli takimi wydarzeniami, które mają za cel zainteresowanie współczesnego człowieka. Ewangelizacja nierzadko jest kojarzona z dziełami związanymi z ruchami religijnymi i nowymi wspólnotami. Inny wymiar ewangelizacji, o którym się mówi to katechizacja, zarówno szkolna, jak i katechizacja dorosłych; również katechizacja kojarzona z innymi zaangażowaniami duszpasterskimi we wspólnotach parafialnych i innych. W żadnej z tych wersji nowej ewangelizacji nie widzę dla siebie miejsca. Jednak byłam i jestem przekonana, że moje życie ma wymiar ewangelizacyjny, choć na inny nieco sposób.

Na podstawie wysłuchanych głosów mam wrażenie, że Synod przywraca pojęciu ewangelizacji właściwe znaczenie. Jeden z ojców synodalnych w swojej wypowiedzi zwrócił uwagę na to, że ewangelizacja, czy nowa ewangelizacja to nie jest dzieło Kościoła przełomu XX i XXI wieku. Kościół ewangelizuje już 2000 lat i będzie ewangelizował nadal. Znaczy to, że nasza refleksja, a zwłaszcza sama nowa ewangelizacja wpisuje się w ciągłość myśli i zaangażowania ewangelizacyjnego. Nie myśmy ją wynaleźli, lecz Pan Jezus. I bez więzi z Nim nie było i nie będzie żadnej ewangelizacji. Ani tej podjętej w zaplanowanych akcjach, ani tej spontanicznej, ani wspólnotowej, ani indywidualnej.

W ewangelizacji najważniejsza była i jest przede wszystkim osobista więź chrześcijanina – biskupów, kapłanów, osób konsekrowanych i świeckich – z Jezusem oraz stała gotowość do nawracania się. Forma ewangelizacji zależy natomiast od osobistego powołania. Jeśli chodzi o świeckich to główne zadanie ewangelizacyjne jest przypisane rodzinie. W niej bowiem dokonuje się to pierwsze spotkanie młodego człowieka z Chrystusem. Inne „miejsca” ewangelizacji to te, które należą do duszpasterstwa, które swoje miejsce mają w parafii – o tym dość często mówiono podczas obrad synodalnych – oraz te, które proponują ruchy eklezjalne i nowe wspólnoty. Ewangelizacja dokonuje się też w zwykłych codziennych warunkach: w pracy, wśród sąsiadów….. w spotkaniu z ludźmi bez specjalnego szyldu „spotkań ewangelizacyjnych”. Mówimy o ewangelizacji przez media, przez kulturę… Ewangelizują chorzy – jak to czyniła np. kanonizowana dzisiaj Anna Schäffer.  Ewangelizują zdrowi. Ewangelizujemy wszyscy.

Ewangelizacja jest – jak przypomniano to niejednokrotnie na synodzie – głównym zadaniem biskupów. Jest też zadaniem kapłanów, osób konsekrowanych. W ten sposób można mnożyć osoby i miejsca oraz sposoby „nowej ewangelizacji”. Nie jest ona dziełem, czy zadaniem wyłącznym dla pewnej grupy, a mam wrażenie, że niektórzy chcieliby ją sobie niejako „przywłaszczyć” – na zasadzie, że tylko my i tylko u nas, a reszta to już przestarzałe formy.

Ewangelizacja to życie Ewangelią „tu i teraz” tam gdzie jestem i to jest świadectwem, a sposób świadczenia – czy jest cichy, czy przez konkretne działania – zależy od osobistego powołania.

O tym właśnie mówiłam w swoim wystąpieniu i bardzo się cieszę, że z tak wielu stron usłyszałałam dużo pozytywnych głosów i podziękowań za to, co powiedziałam.

Mój głos w auli synodalnej

Powołanie członków instytutów świeckich wskazuje na świat z tym wszystkim, co jest jego bogactwem, jego trudem, jego dramatem czy też jego zranieniem. Naszym zadaniem jako świeckich konsekrowanych nie jest jakaś wyróżniająca nas działalność. Istota naszego powołania polega na szukaniu Boga we wszystkich wydarzeniach dnia, w każdym spotkaniu z drugim człowiekiem. Chodzi po prostu o to, by żyć Ewangelią w codzienności. Z własnego doświadczenia wiem, że niejednokrotnie łatwiej by było głosić Ewangelię niż nią żyć. W mojej pracy spotykam ludzi zranionych, którzy pragną miłości, obrażonych na Pana Boga albo wobec Niego obojętnych. Są to jednak ludzie, którzy tęsknią za doskonałością, za miłością i harmonią, i rzadko szukają tego w Kościele, gdzie czasem doświadczyli zranienia. To, co jako członkowie instytutów świeckich możemy zrobić dla nich, to prosta obecność, otwartość na spotkanie i gotowość do przyjścia im z pomocą. Do tego jest potrzebna zarówno zawodowa kompetencja i osobista wiarygodność jak i cicha modlitwa i własne przylgnięcie do osoby Jezusa Chrystusa. Chodzi o to, co niedawno Ojciec Święty w swoim przesłaniu do instytutów świeckich z 18. lipca br. nazwał „obejmowaniem z miłością zranień świata i Kościoła”. Z czasem taka postawa wnosi nadzieję w życie człowieka. Kiełkuje nadzieja, bo się okazało, że spotkanie z drugim – najpierw z drugim człowiekiem, z Ty – jest możliwe. Wraz z doświadczeniem bezwarunkowego przyjęcia przez drugiego człowieka rodzi się również otwartość na Dobrą Nowinę, na Jezusa Chrystusa, na Miłość, którą jest sam Bóg.

Instrumentum Laboris w n. 142 mówi o „niedostatku pierwszego głoszenia w codziennym życiu”. Doświadczenie wielu z nas pokazuje, że to właśnie prosta obecność i dyskretne towarzyszenie są istotnym warunkiem odkrycia „pełnego człowieczeństwa” w osobie Jezusa Chrystusa i spotkania z Nim. Nasze doświadczenie potwierdza, że ten czynnik ludzki stanowi naturalny punkt wspierający otwarcie na wiarę (por. Instrumentum Laboris, 54). To tutaj, w codzienności życia wydarza się pierwsza ewangelizacja. Dokonuje się ona bez wielu słów przez przejrzyste świadectwo życia według Ewangelii. Fundamentem tej pierwszej ewangelizacji jest spotkanie chrześcijanina żyjącego w świecie z Jezusem i z drugim człowiekiem, który jest „poza” i szuka sensu, szuka miłości i bliskości.

Nowa ewangelizacja nie jest więc w pierwszym rzędzie specjalnym programem działań. Jest ona zaproszeniem i podprowadzeniem do spotkania z Chrystusem. Nowa ewangelizacja zakłada, że pierwszymi ewangelizowanymi będziemy my sami – my jako Kościół.

Nawrócenie Kościoła

Już w czasie wolnych wniosków dzisiaj wieczorem (17. 10) kolejny raz usłyszeliśmy wezwanie jednego z kardynałów, który podkreślił, że jeśli mówimy o nowej ewangelizacji to zakładamy nie tylko osobiste nawrócenie ewangelizatorów, ale również nawrócenie Kościoła jako instytucji. Zadał pytanie: czy przypadkiem nie mamy zbyt dobrego samopoczucia? Temat ten powracał wielokrotnie w czasie dotychczasowych obrad synodalnych a dotyczył różnych kontekstów czy wymiarów Kościoła. Chcę tu wspomnieć o trzech, które są mi bliskie.

Kilka dni temu w swoim wystąpieniu kanadyjski biskup Brian Joseph Dunn mówił o nowej ewangelizacji w kontekście nadużyć seksualnych, dokonanych przez ludzi Kościoła. Dzisiaj bp Léonard z Belgii mówił, że musimy być gotowi do zmierzenia się z pytaniami, jakie zadaje współczesny człowiek. A pyta on o to, gdzie był Bóg, gdy była wojna, gdy zabijano ludzi, gdy działa się krzywda. Pyta o to, „gdzie był Bóg, gdy duchowny nadużywał seksualnie dziecko”. Nadużycie władzy w Kościele, nadużycia seksualne, klerykalizm, ewangelizacja, która była prozelityzmem, brak poszanowania dla kultury ludzi – to na pewno są grzechy Kościoła, które wymagają nawrócenia oraz naprawienia zła. Z pewnością nie są to wszystkie grzechy, nie mnie zresztą je wymieniać.

Dzisiaj został podjęty inny aspekt nawrócenia przez kard. M. Ouelleta, Prefekta Kongregacji ds. Biskupów. Mówił on o potrzebie naprawienia relacji pomiędzy biskupami a życiem konsekrowanym. Twierdził, że biskupi nie zawsze rozumieją charyzmaty wspólnot konsekrowanych; powiedział nawet, że „ignorują charyzmaty i ich misję w Kościele”. Niektóre wspólnoty konsekrowane natomiast kontestują nauczanie Kościoła. Według  Kard. Ouelleta ważnym, choć mało znanym dokumentem jest Mutuae Relationes z 1978 r., który wyznacza właściwy porządek tych relacji. Wezwał więc do nawrócenia tak biskupów, jak osoby konsekrowane.

Ważną – według mnie – wypowiedź zawierało również dzisiejsze wystąpienie S. Mary Lou Wirtz, FCJM, ze Stanów Zjednoczonych, przewodniczącej Międzynarodowej Unii Przełożonych Generalnych (UISG), która mówiła o tym, że młodzi ludzie opuszczają instytucjonalny Kościół, gdyż nie znajdują w nim dla siebie miejsca. Przypomniała ona słowa Papieża Jana XXIII o tym, iż Kościół powinien być bardziej pastoralny i miłosierny. Zatem powinno w nim być więcej miejsc, gdzie młody człowiek nie będzie poddany kontroli, ale będzie czuł się jak w domu. Mówiła, iż przez wieki taką profetyczną rolę w Kościele pełniły zakony i powiedziała, że są gotowe czynić to nadal.

Garść informacji

Dziś (17. 10) po południu wysłuchaliśmy Relatio post disceptationem czyli wystąpienie relatora generalnego kard. Donalda Wuerla, Abpa Waszyngtonu. Teoretycznie powinna to być relacja przygotowana po wszystkich wystąpieniach Ojców synodalnych. Jak policzyłam, nie zabrało jeszcze głosu ponad 20. z nich. Ze znanych osób nie przemawiali dotychczas kard. prefekt Kongregacji ds. Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego João Braz de Aviz, kard. Christoph Schönborn z Wiednia oraz kard. Raymond L. Burke, szef Sygnatury Apostolskiej. Głos audytorów jest jedynie głosem pomocniczym, czy dodatkowym, więc zasada jest taka, że Zgromadzenie biskupów nie ma obowiązku wysłuchania audytorów. W czasie przeznaczonym na wystąpienia audytorów słuchaliśmy jeszcze wczoraj i dzisiaj ojców synodalnych. Na zakończenie wczorajszej i dzisiejszej sesji przeznaczono czas na wysłuchanie 17. audytorów spośród 49. Jak wracam pamięcią, cztery lata temu, ci, którzy nie mówili do czasu Relatio post disceptationem przestawiają swoją relację podczas kolejnych obrad plenarnych. Nie ma już specjalnie na to przeznaczonej sesji, natomiast odbywało się to w ten sposób, że przy każdej sesji plenarnej kilka osób spośród tych, którzy do tej pory nie mówili było proszonych o przedstawienie swojego wystąpienia. Jutro kontynuujemy prace w grupach językowych. Celem tych spotkań jest przygotowanie propozycji, które w końcowej wersji zostaną przegłosowane przez Ojców synodalnych i przedstawione Papieżowi jako owoc prac synodalnych i zostaną uwzględnione przy redagowaniu adhortacji posynodalnej.

Chcę jeszcze przedstawić w sposób telegraficzny kilka „ciekawostek” z dnia dzisiejszego:

  • Abp Kondrusiewicz mówiąc o sekularyzacji również osób duchownych opowiedział historię, jaka mu się przydarzyła, gdy poszedł w koloratce załatwiać sprawy z walizką, która – podobnie jak moja – dotarła trzy dni po przylocie do Rzymu. Zapytano go: Czy ksiądz jest z Opus Dei? Stwierdził, że on lubi i szanuje Opus Dei, ale to pytanie było znakiem, że osoby duchowne, które noszą swój strój nie świadczą przez to jednoznacznie i automatycznie o przynależności do Chrystusa.
  • Małżeństwo Florence i Marc de Leyritz, rodzice piątki dzieci, odpowiedzialni za Stowarzyszenie Alfa we Francji, na zakończenie swojego świadectwa stwierdzili, iż „nowa ewangelizacja wymaga nowych kompetencji pastoralnych” i zapytali, jak biskupi korzystają z darów, które Bóg dał wszystkim ochrzczonym.
  • Wszystkie oficjalne wystąpienia, czyli relacja Sekretarza generalnego na rozpoczęcie obrad, następnie wprowadzenie relatora generalnego, jak i dzisiaj jego relacja po zakończeniu wystąpień są przedstawiane w języku łacińskim. Kard. D. Wuerl jest Amerykaninem. Kilku ojców synodalnych z uznaniem zwróciło uwagę na dobrą jakość języka łacińskiego, którym się posługuje. W sposób bardzo elegancki zrobił to również abp Bruno Forte, mówiąc równie śliczną łaciną.
  • Kiko Arguello, współzałożyciel drogi neokatuechumenalnej w swoim krótkim wystąpieniu (audytor ma do dyspozycji 4 min) w tonie ex cathedra wygłosił kerygmat o konieczności nawrócenia nas wszystkich obecnych w auli. Gdy skończył mu się czas i wyłączono mikrofon, próbował kończyć swoje przemówienie głosem bardziej donośnym.

Dobrze, że jutro cały dzień oraz w piątek po południu są spotkania w grupach.

Kościół w świecie

„Jeśli Kościół oddali się od świata, to ewangelizacja nie przyniesie owoców”, powiedział dzisiaj (15.10.) w swoim ciekawym wystąpieniu biskup Dominic Ryoji Miyahara z Japonii. Temat relacji Kościoła ze światem, diagnoza współczesnego świata, czy próba zrozumienia tego, co w świecie się dzieje, są często treścią wypowiedzi ojców synodalnych. Przeważa dość pesymistyczny obraz świata, powtarzają się opinie dotyczące sekularyzacji, indywidualizmu, materializmu, konfliktów, rozbicia rodziny, odejścia od sacrum. Pojawiają się jednak również głosy nadziei, optymizmu, próby uwypuklenia tego, co w świecie jest dobre, czego możemy się uczyć. Przypomina mi to słowa przesłania Benedykta XVI skierowane do nas, członków instytutuów świeckich, w lipcu tego roku. Papież odwołując się do swojej homilii z 16 października 2011 i do Konstytucji soborowej Gaudium et Spes, 40-45 pisał m.in.: “Teologia dziejów jest istotną częścią nowej ewangelizacji, ponieważ ludzie naszego czasu potrzebują ponownego odkrycia całościowego spojrzenia na świat i na historię, spojrzenia prawdziwie wolnego i pogodnego. To Sobór przypomina nam, że relacja Kościoła i świata ma być przeżywana pod znakiem wzajemności, bo nie tylko Kościół daje coś światu, przyczyniając się do tego, by rodzina ludzka i jej historia stawały się bardziej człowiecze, ale również świat daje Kościołowi coś, dzięki czemu może on lepiej rozumieć siebie samego i lepiej żyć swoją misją.”

Dzisiaj również na zakończenie przedpołudniowej sesji abp Nicola Eterović poinformował nas o kolejnym prezencie, który otrzymamy, tym razem od Ojca świętego. Są to akta X. Zgromadzenia Zwyczajnego Synodu Biskupów, który odbył się w Rzymie w 2001 roku, a który był poświęcony tematowi „Biskup, sługa Ewangelii Jezusa Chrystusa dla nadziei świata”. Kilka dni wcześniej dostaliśmy od Amerykańskiego Towarzystwa Biblijnego akta XI. i XII. synodu. Informując o kolejnym darze Sekretarz generalny Synodu przeczytał fragment wystąpienia kard. Józefa Ratzingera, ówczesnego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary. Mówił on wtedy: „Świat pragnie poznać nie nasze problemy kościelne, lecz ten ogień, jaki Jezus przyniósł na ziemię (Łk 12, 50). Tylko wtedy, gdy stajemy się współczesnymi z Chrystusem i ten ogień płonie w nas, to Ewangelia głoszona dotyka serc współczesnych nam ludzi.”

Ewangelizacja rozpoczyna się więc od nas. Na tyle możemy wiarygodnie ewangelizować, na ile sami poddamy się ewangelizacji i nawrócimy się.

Zdaję sobie sprawę, że to ładnie brzmi i nie potrzebujemy synodu, aby to głosić. Trudniej jest jednak tak żyć. A to jest istota

Cierpliwość i uwaga Papieża

Dzisiaj (13.10) na zakończenie przedpołudniowej sesji, abp Nicola Eterović, Sekretarz generalny Synodu biskupów podziękował Papieżowi, za cierpliwe słuchanie informując, że przed południem swoje wystąpienia przedstawiło 26 ojców synodalnych. Faktycznie, wtedy gdy Papież uczestniczy w sesjach plenarnych Zgromadzenia biskupów bardzo uważnie słucha tego, co mówią kolejni ojcowie synodalni, śledzi tekst, i podkreśla niektóre fragmenty, sformułowania. Jest przykładem słuchania, gdyż dużej uwagi wymaga skupienie się na zmieniających się co 5 minut co do treści i języka kolejnych wystąpieniach ojców synodalnych przerywanych jedynie słowami prowadzącego: gratias agimus Excellentissimo DominoHic loquentur nunc …., które brzmią jak powtarzający się refren.

Rodzina

Dość często powtarzającym się tematem jest rola rodziny jeśli chodzi o nową ewangelizację i przekaz wiary. Niektóre wystąpienia mówią o braku ojców w rodzinach i niedowartościowaniu roli kobiety-matki. Inne o tym, że rodzice są zajęci zdobywaniem środków do życia, a równocześnie nie mają w ogóle czasu na wychowywanie dzieci, a tym bardziej na wychowywanie do wiary. Prowadzi to ostatecznie do braku przekazu wiary, albo do bardzo słabego przekazu wiary w rodzinach. Na zakończenie wypowiedzi popołudniowych kard. Peter Turkson, przewodniczący Rady Iustitia et Pax pokazał nam film, w którym zostały przedstawione dane dotyczące przyrostu naturalnego w rodzinach chrześcijańskich w Europie i w Ameryce Północnej w porównaniu z przyrostem naturalnym w rodzinach muzułmańskich. Można mówić o islamizacji Europy nie przez agresywną działalność, ale przez budowanie i kształtowanie rodzin, w których rośnie potomstwo. Inne wypowiedzi dotyczyły już dzielenia się różnymi doświadczeniami z całego świata, które mówią o pracy duszpasterskiej z rodzinami, lub też o świadectwie rodzin, małżeństw wobec innych rodzin.

Parafia

Kolejnym tematem powtarzającym się jest rola parafii w nowej ewangelizacji. Ojcowie synodalni mówią o parafii jako o wspólnocie, o konkretnym miejscu, gdzie każdy z nas może wzrastać w wierze. W związku z tym ważna jest rola tych, którzy się angażują – kapłani, świeccy, osoby konsekrowane. Kilka razy mogliśmy słyszeć wezwanie do tego, aby parafie nie były tylko miejscem „rozdawania sakramentów”, czy strukturami administracyjnymi, ale przede wszystkim miejscem, gdzie człowiek może przyjść jak do domu, gdzie jest oczekiwany przez Boga i drugiego człowieka. Wymaga to ożywienia parafii lub też ich „obudzenia”, jak mówią ojcowie synodalni. Sposoby tego ożywienia zależą już od doświadczenia danego Kościoła lokalnego czy też kultury, w jaką parafie są zanurzone.